poniedziałek, 9 listopada 2009
Ambicje, przestrzeń, brak napięcia
Lubię relacje z ludźmi, którzy nie mają ambicji.
Lubię ludzi, którzy odwracają uwagę od swoich planów, punktów honoru --- jeśli mają takowe --- i żyją tak sobie, bez przyszłości, bez atmosfery poganiania się i innych wokół. Tacy ludzie są bezpieczni i odkrywają we mnie poczucie bezpiecznego życia (z drugiej strony tacy ludzie mogą żyć w poczuciu zagrożenia w innym aspekcie: nie posiadając pieniędzy i nie mając pracy).
Zastanawiam się nad ich powodami do przyjęcia takiej perspektywy. Możliwe powody:
Chyba chciałbym mieć dwie pieczenie na jednym ogniu, albo raczej dwa życia na raz. Jedno życie podąża za różnymi normami społecznymi, ale i prawami przodków, też chęcią władzy oraz ogólniej --- emocjonalną chęcią obrony, uczynienia z siebie twierdzy emocjonalnej, która miałaby być taka napięta i w sumie nie wiadomo po co to :) Tam nie ma nic ciekawego, serio :)
Z drugiej strony chciałbym żyć tak sobie właśnie swobodnie, beztrosko, chaotycznie i twórczo. Ale, przez to, że tak myślę, że rozdzielam to na dwa osobne aspekty --- w tym swobodnym życiu nie daję miejsca na rzeczy z pierwszego aspektu. Czyli tu jest ucieczka od pewnych części siebie, a wydaje się, że byłoby radośnie, gdyby te dwa aspekty zostały jakoś połączone i skonfrontowane. Wtedy potrzebna jest decyzja, które z nich wybrać, ale nie na zasadzie, że drugie odrzucić. To wybrane miałoby po prostu wyższe priorytety nad tym drugim, tak to jakoś widzę.
Konfrontacja dzieje się na poziomie serca w tej chwili. Jest tam mało świadomości, a raczej: jest tam świadomość albo tylko pierwszej części, albo tylko drugiej, a brakuje mi świadomości pośrodku, tego mostu łączącego dwie części. Zresztą zawsze chciałem, żeby coś tam było, a zawsze brakowało. Jestem ciekaw, w jaki sposób może to zostać uzdrowione. Być może zupełnie inaczej niż myślę?
Duchu Święty, pomóż, prowadź, proszę.
Widzę taką sytuację, jest ona dość prosta: Granatowe prawa przodków wychodzące z gardła i obejmujące od czoła do splotu, albo i niżej, są kamienne, granitowe :), i mają dużo ząbków, co świadczy o szczegółowej strukturze, która, kiedy choć lekko zmieniona, traci swą moc i sens. Ponieważ ona poprzez swoją strukturalność i wpływ (władzę) na wszelkie otaczające nią żywe (a więc posiadające prawdziwą moc i życie od Boga!), i tylko (!) przez to, określa samą siebie!!! Oznacza to, że ona wymusza na pobliskich istotach przyznanie się do zależności od niej, co powoduje, że ciało jest zagubione (wytrenowane) w ten sposób, że woła: "Ja potrzebuję Ciebie!", a tak naprawdę ciało wcale jej nie potrzebuje, bo to ona jest źródłem wszelkich problemów ciała. A kiedy ciało tak woła, że jej potrzebuje, innym słowy spełnia jej oczekiwania (zresztą nie umie zrobić czegoś innego, by sobie pomóc), odczuwa chwilową ulgę (podczas trenowania ciała) lub wcale się nie poprawia (w warunkach innych).
Na oczy nasuwa się taka sytuacja małego dziecka, które jest krzywdzone przez ojca, i nie może nic zrobić, aby przerwać tę krzywdę. Jest bezsilne. I teraz ojciec trenuje to dziecko, że kiedy jest mu posłuszne, ono jest w jakiś sposób wynagradzane --- jednak co się dzieje z krzywdą? Krzywda nie jest ciągła, ale jest ona powtarzana, i sprawia wrażenie ciągłości i wieczności.
Ogólnie rzecz biorąc, zgadzam się na taki los i odpuszczam sobie zamartwianie się tą krzywdą i rezygnuję z posiadania tego stanu i puszczam go. To jest ten łącznik, którego brakowało --- akceptacja życia mimo naprzykrzających się od czasu do czasu pewnych struktur :).
Lubię ten swój blog. Prowadzę tu autoterapię na przyzwoitym poziomie :)
A jak to się ma do ludzi bez ambicji? Ja myślę, że chodzi o tę akceptację, tak pożądaną przeze mnie, a występującą u innych, którzy potrafili zaakceptować swoją sytuację. Z takim przeświadczeniem idę spać.
Pozdrawiam siebie w przyszłości oraz ewentualnych innych,
Ja
Lubię ludzi, którzy odwracają uwagę od swoich planów, punktów honoru --- jeśli mają takowe --- i żyją tak sobie, bez przyszłości, bez atmosfery poganiania się i innych wokół. Tacy ludzie są bezpieczni i odkrywają we mnie poczucie bezpiecznego życia (z drugiej strony tacy ludzie mogą żyć w poczuciu zagrożenia w innym aspekcie: nie posiadając pieniędzy i nie mając pracy).
Zastanawiam się nad ich powodami do przyjęcia takiej perspektywy. Możliwe powody:
- mają niskie poczucie własnej wartości i nie wierzą w powodzenie planów i spełnienie ambicji, więc całkowicie wypierają to ze świadomości,
- podjęli decyzję o zrezygnowaniu z działania na rzecz myśli przodków i realizowania odziedziczonych ambicji, na podstawie świadomości tej całej sytuacji (dla mnie jest to trudne do wyobrażenia i zastanawiam się, czy w ogóle możliwe. zaczynam podejrzewać, że tak) ,
- potrafią jakoś rozdzielić czas na spełnianie ambicji i na szczęśliwe życie bez napięć związanych z pogonią za marzeniami (ja tak nie potrafię, ale inni może tak),
- uczynili z nicnierobienia i radosnego życia w "tu i teraz" cel swojego życia i jest to ich stara ambicja w nowej szacie. Coś w stylu "wszystko na jedną kartę". Nie widzę tego w ogóle :),
- może po prostu mają dobry stosunek do własnych ambicji i traktują ją raczej płynnie, lekko, swobodnie. Czy można nie mieć problemów z ambicją tak po prostu?
Chyba chciałbym mieć dwie pieczenie na jednym ogniu, albo raczej dwa życia na raz. Jedno życie podąża za różnymi normami społecznymi, ale i prawami przodków, też chęcią władzy oraz ogólniej --- emocjonalną chęcią obrony, uczynienia z siebie twierdzy emocjonalnej, która miałaby być taka napięta i w sumie nie wiadomo po co to :) Tam nie ma nic ciekawego, serio :)
Z drugiej strony chciałbym żyć tak sobie właśnie swobodnie, beztrosko, chaotycznie i twórczo. Ale, przez to, że tak myślę, że rozdzielam to na dwa osobne aspekty --- w tym swobodnym życiu nie daję miejsca na rzeczy z pierwszego aspektu. Czyli tu jest ucieczka od pewnych części siebie, a wydaje się, że byłoby radośnie, gdyby te dwa aspekty zostały jakoś połączone i skonfrontowane. Wtedy potrzebna jest decyzja, które z nich wybrać, ale nie na zasadzie, że drugie odrzucić. To wybrane miałoby po prostu wyższe priorytety nad tym drugim, tak to jakoś widzę.
Konfrontacja dzieje się na poziomie serca w tej chwili. Jest tam mało świadomości, a raczej: jest tam świadomość albo tylko pierwszej części, albo tylko drugiej, a brakuje mi świadomości pośrodku, tego mostu łączącego dwie części. Zresztą zawsze chciałem, żeby coś tam było, a zawsze brakowało. Jestem ciekaw, w jaki sposób może to zostać uzdrowione. Być może zupełnie inaczej niż myślę?
Duchu Święty, pomóż, prowadź, proszę.
Widzę taką sytuację, jest ona dość prosta: Granatowe prawa przodków wychodzące z gardła i obejmujące od czoła do splotu, albo i niżej, są kamienne, granitowe :), i mają dużo ząbków, co świadczy o szczegółowej strukturze, która, kiedy choć lekko zmieniona, traci swą moc i sens. Ponieważ ona poprzez swoją strukturalność i wpływ (władzę) na wszelkie otaczające nią żywe (a więc posiadające prawdziwą moc i życie od Boga!), i tylko (!) przez to, określa samą siebie!!! Oznacza to, że ona wymusza na pobliskich istotach przyznanie się do zależności od niej, co powoduje, że ciało jest zagubione (wytrenowane) w ten sposób, że woła: "Ja potrzebuję Ciebie!", a tak naprawdę ciało wcale jej nie potrzebuje, bo to ona jest źródłem wszelkich problemów ciała. A kiedy ciało tak woła, że jej potrzebuje, innym słowy spełnia jej oczekiwania (zresztą nie umie zrobić czegoś innego, by sobie pomóc), odczuwa chwilową ulgę (podczas trenowania ciała) lub wcale się nie poprawia (w warunkach innych).
Na oczy nasuwa się taka sytuacja małego dziecka, które jest krzywdzone przez ojca, i nie może nic zrobić, aby przerwać tę krzywdę. Jest bezsilne. I teraz ojciec trenuje to dziecko, że kiedy jest mu posłuszne, ono jest w jakiś sposób wynagradzane --- jednak co się dzieje z krzywdą? Krzywda nie jest ciągła, ale jest ona powtarzana, i sprawia wrażenie ciągłości i wieczności.
Ogólnie rzecz biorąc, zgadzam się na taki los i odpuszczam sobie zamartwianie się tą krzywdą i rezygnuję z posiadania tego stanu i puszczam go. To jest ten łącznik, którego brakowało --- akceptacja życia mimo naprzykrzających się od czasu do czasu pewnych struktur :).
Lubię ten swój blog. Prowadzę tu autoterapię na przyzwoitym poziomie :)
A jak to się ma do ludzi bez ambicji? Ja myślę, że chodzi o tę akceptację, tak pożądaną przeze mnie, a występującą u innych, którzy potrafili zaakceptować swoją sytuację. Z takim przeświadczeniem idę spać.
Pozdrawiam siebie w przyszłości oraz ewentualnych innych,
Ja
Subskrybuj:
Posty (Atom)