Lubię ludzi, którzy odwracają uwagę od swoich planów, punktów honoru --- jeśli mają takowe --- i żyją tak sobie, bez przyszłości, bez atmosfery poganiania się i innych wokół. Tacy ludzie są bezpieczni i odkrywają we mnie poczucie bezpiecznego życia (z drugiej strony tacy ludzie mogą żyć w poczuciu zagrożenia w innym aspekcie: nie posiadając pieniędzy i nie mając pracy).
Zastanawiam się nad ich powodami do przyjęcia takiej perspektywy. Możliwe powody:
- mają niskie poczucie własnej wartości i nie wierzą w powodzenie planów i spełnienie ambicji, więc całkowicie wypierają to ze świadomości,
- podjęli decyzję o zrezygnowaniu z działania na rzecz myśli przodków i realizowania odziedziczonych ambicji, na podstawie świadomości tej całej sytuacji (dla mnie jest to trudne do wyobrażenia i zastanawiam się, czy w ogóle możliwe. zaczynam podejrzewać, że tak) ,
- potrafią jakoś rozdzielić czas na spełnianie ambicji i na szczęśliwe życie bez napięć związanych z pogonią za marzeniami (ja tak nie potrafię, ale inni może tak),
- uczynili z nicnierobienia i radosnego życia w "tu i teraz" cel swojego życia i jest to ich stara ambicja w nowej szacie. Coś w stylu "wszystko na jedną kartę". Nie widzę tego w ogóle :),
- może po prostu mają dobry stosunek do własnych ambicji i traktują ją raczej płynnie, lekko, swobodnie. Czy można nie mieć problemów z ambicją tak po prostu?
Chyba chciałbym mieć dwie pieczenie na jednym ogniu, albo raczej dwa życia na raz. Jedno życie podąża za różnymi normami społecznymi, ale i prawami przodków, też chęcią władzy oraz ogólniej --- emocjonalną chęcią obrony, uczynienia z siebie twierdzy emocjonalnej, która miałaby być taka napięta i w sumie nie wiadomo po co to :) Tam nie ma nic ciekawego, serio :)
Z drugiej strony chciałbym żyć tak sobie właśnie swobodnie, beztrosko, chaotycznie i twórczo. Ale, przez to, że tak myślę, że rozdzielam to na dwa osobne aspekty --- w tym swobodnym życiu nie daję miejsca na rzeczy z pierwszego aspektu. Czyli tu jest ucieczka od pewnych części siebie, a wydaje się, że byłoby radośnie, gdyby te dwa aspekty zostały jakoś połączone i skonfrontowane. Wtedy potrzebna jest decyzja, które z nich wybrać, ale nie na zasadzie, że drugie odrzucić. To wybrane miałoby po prostu wyższe priorytety nad tym drugim, tak to jakoś widzę.
Konfrontacja dzieje się na poziomie serca w tej chwili. Jest tam mało świadomości, a raczej: jest tam świadomość albo tylko pierwszej części, albo tylko drugiej, a brakuje mi świadomości pośrodku, tego mostu łączącego dwie części. Zresztą zawsze chciałem, żeby coś tam było, a zawsze brakowało. Jestem ciekaw, w jaki sposób może to zostać uzdrowione. Być może zupełnie inaczej niż myślę?
Duchu Święty, pomóż, prowadź, proszę.
Widzę taką sytuację, jest ona dość prosta: Granatowe prawa przodków wychodzące z gardła i obejmujące od czoła do splotu, albo i niżej, są kamienne, granitowe :), i mają dużo ząbków, co świadczy o szczegółowej strukturze, która, kiedy choć lekko zmieniona, traci swą moc i sens. Ponieważ ona poprzez swoją strukturalność i wpływ (władzę) na wszelkie otaczające nią żywe (a więc posiadające prawdziwą moc i życie od Boga!), i tylko (!) przez to, określa samą siebie!!! Oznacza to, że ona wymusza na pobliskich istotach przyznanie się do zależności od niej, co powoduje, że ciało jest zagubione (wytrenowane) w ten sposób, że woła: "Ja potrzebuję Ciebie!", a tak naprawdę ciało wcale jej nie potrzebuje, bo to ona jest źródłem wszelkich problemów ciała. A kiedy ciało tak woła, że jej potrzebuje, innym słowy spełnia jej oczekiwania (zresztą nie umie zrobić czegoś innego, by sobie pomóc), odczuwa chwilową ulgę (podczas trenowania ciała) lub wcale się nie poprawia (w warunkach innych).
Na oczy nasuwa się taka sytuacja małego dziecka, które jest krzywdzone przez ojca, i nie może nic zrobić, aby przerwać tę krzywdę. Jest bezsilne. I teraz ojciec trenuje to dziecko, że kiedy jest mu posłuszne, ono jest w jakiś sposób wynagradzane --- jednak co się dzieje z krzywdą? Krzywda nie jest ciągła, ale jest ona powtarzana, i sprawia wrażenie ciągłości i wieczności.
Ogólnie rzecz biorąc, zgadzam się na taki los i odpuszczam sobie zamartwianie się tą krzywdą i rezygnuję z posiadania tego stanu i puszczam go. To jest ten łącznik, którego brakowało --- akceptacja życia mimo naprzykrzających się od czasu do czasu pewnych struktur :).
Lubię ten swój blog. Prowadzę tu autoterapię na przyzwoitym poziomie :)
A jak to się ma do ludzi bez ambicji? Ja myślę, że chodzi o tę akceptację, tak pożądaną przeze mnie, a występującą u innych, którzy potrafili zaakceptować swoją sytuację. Z takim przeświadczeniem idę spać.
Pozdrawiam siebie w przyszłości oraz ewentualnych innych,
Ja
witaj :-)
OdpowiedzUsuńMiło, że piszesz, że chcesz dzielić się przemyśleniami. Pomagają poukładać własne wnętrze... Tak jest w moim przypadku.
"Na oczy nasuwa się taka sytuacja małego dziecka, które jest krzywdzone przez ojca, i nie może nic zrobić, aby przerwać tę krzywdę. Jest bezsilne. I teraz ojciec trenuje to dziecko, że kiedy jest mu posłuszne, ono jest w jakiś sposób wynagradzane --- jednak co się dzieje z krzywdą? Krzywda nie jest ciągła, ale jest ona powtarzana, i sprawia wrażenie ciągłości i wieczności."
Miłość rodzica do dziecka nie powinna objawiać się tresurą czy treningiem.
Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, jak to jest z tą miłością, o której tak wiele mówimy, ale niezbyt rozumiejąc, co naprawdę sobą przedstawia.
Czy miłość krzywdzi, znęca się, maltretuje czy wykorzystuje na wszelkie możliwe sposoby, by podporządkować sobie obiekt swoich uczuć - partnera, współmałżonka, a zwłaszcza najsłabsze i najbardziej bezbronne - dziecko? To chyba nie jest miłość, ale najbardziej destrukcyjne emocje i uczucia ubrane w najpiękniejsze - ale najbardziej wyświechtane - słowo.
Jako dzieci rodzimy się bezbronni i zależni od swoich opiekunów. Oni - własnym przykładem - uczą nas jak kochać, jak radzić sobie w życiu, w jaki sposób wyrażać to, co czujemy. Dziecko człowieka jest najbardziej zależną istotą, najdłużej uczącą się radzenia sobie z sobą i wszystkim, co je otacza. Najczęściej spełniając oczekiwania i potrzeby opiekunów, którzy w tym celu bezlitośnie wykorzystywali własne dzieci.
Zauważ, że każda z rodzin ma wypracowane wzorce, które powiela w nowo tworzonych rodzinach, wzbogacając je o wzorce partnera. Nie jest wtedy ważne, czy są dobre, ważne, że działają niszcząc wolę współpartnera, potomstwa, działając na zasadzie: im bardziej będę bezwzględny, tym większa władza przypadnie mi w udziale. I to się tłumaczy miłością i dobrem rodziny.
Cześć,
OdpowiedzUsuńTak, kierowanie się wzorcami ze ślepym uporem może wydawać się czymś słusznym, a przecież można działać lepiej.
Bezpośrednio pisząc, wymiękam przy tym, co napisałaś, gejzerko. Przeczytawszy to, jestem skontaktowany z taką duża przestrzenią (okolice serca i wyżej), znajomą, ale rzadko odwiedzaną, i radosną, dającą poczucie pełni, obejmującą wszystko albo prawie wszystko. Znam ten stan, ale nie potrafię w nim przebywać tak na co dzień, bo tak na co dzień to chyba przebywam tam, gdzie noszą mnie różne wzorce. Czuję, że mam niewielki wpływ na to, aby ten stan się pojawiał i trwał, ale chciałbym, aby pojawiał się częściej i trwał dłużej.
Kiedy piszesz "miłość", jest mi to odległe. Doświadczam tego rodzaju miłości od czasu do czasu, ale pochodzi ona od innych osób i wtedy przebywa trochę we mnie. A tak żeby wyszła ze mnie i była hm... trwała, to nie wiem nawet, jak to zrobić. Jestem niedojrzały :)
W każdym razie dziękuję Ci za to, że przyniosłaś ze sobą tę przestrzeń i mogłem się na nią otworzyć. Jak kiedyś się spotkamy, to masz u mnie kawę :)
witaj :-)
OdpowiedzUsuńJeżeli potrafię dotrzeć do Twojego serca i choć na ułamek sekundy je otworzyć na Ciebie samego, na innych, to jestem szczęśliwa. Z tych ułamków sekund, być może kiedyś stworzysz całość dla swojej kobiety, przekażesz jej przesłanie serca, a nie tylko potrzebę ciała :-)
Mnie otwierały książki mistrzów duchowych, nie tych z czołówek i afiszów, raczej zbyt skromnych, żeby wychodzić przed tłumy. Otwierali prości ludzie ze swoją prostą mądrością i ludzie pogubieni, bojący się siebie i własnych odczuć. Chodziłam wtedy pijana ze szczęścia albo psychicznie zdołowana.
Ostatnie z uderzeń, sądzę, że było decydujące, bardzo bolesne, ale pomogło mi ubrać w słowa to, co zawsze było we mnie, czym dzielę się z każdym, kto chce przyjąć mój dar.
A jak kiedyś się spotkamy, to lubię kawę naturalną, mocną, aromatyczną i koniecznie bez cukru :-)
Droga gejzerko,
OdpowiedzUsuńJeśli lubisz kawy typu espresso lub cappuccino, to mamy ze sobą więcej wspólnego niż myślałem.
Pozdrawiam znad górki etiopskich ziarenek,
v.