A jednak chodzi o coś innego. Po rozmowie z W. rozumiem, z czego wynikają moje natarczywe starania w celu poczucia innych ludzi. Bynajmniej nie jest to pusta próżność, ani też nie chodzi o pragnienie ciepła czy poczucie wspólnoty.
Sprawa jest prosta: chcę czuć innych, ażebym był w stanie pomóc im emocjonalnie. Chcę pomóc innym emocjonalnie, bo przodkowie powiedzieli mi, że jak nie pomogę, to będę zły. Kryje się za tym ból bycia skarconym przez przodków oraz lęk przed dalszym odrzuceniem. Co więcej jest tam też moja własna determinacja i wola w dążeniu do pomocy z powodu ogromnego poczucia zawstydzenia, jakiego doświadczyłem, gdy rodzic karcił moją nieczułość czy też brak chęci pomocy innym.
Kimkolwiek byli ci ludzie, mylili się oni całkowicie.
Po pierwsze nie jestem w stanie, ani też nie byłem w owym czasie, pomóc ludziom na zasadzie dawania siebie --- głównie swego ciała --- jako pole do wylewania ich emocji, uczuć, bóli czy lęków. To nic nie daje, a wręcz przeciwnie --- mnie boli, inni tkwią w tym samym miejscu, tylko że głębiej. Jeśli ktoś myśli, że może pomóc innej osobie na zasadzie ślepej otwartości, myli się i nie wie, o czym mówi. To nie pomoże.
Po drugie w żadnym wypadku takie działanie z mojej strony nie jest radosne, lekkie ani swobodne. Szkodzę w ten sposób sobie, a nie chcę tego robić już więcej.
Po trzecie w większości przypadków, jakie napotykam, nie ma mowy o żadnej pomocy. Otwartość na drugą osobę nie jest jej potrzebna, a bywa wręcz wyraźnie odrzucana. Idea niesienia pomocy podstawy swojego istnienia czerpie raczej z poczucia obowiązku, aniżeli z faktycznej potrzeby drugiego człowieka. Nie chcę tego robić.
Po czwarte motywacja oparta na lęku tudzież na walce o zachowanie swojej własnej wartości prowadzi do upadku, a nie do niczego dobrego.
Chciałbym napisać więcej o wstydzie, jaki teraz czuję. Jest to wstyd wynikający z zawiedzenia rodzica, jednak nie wziął się on znikąd, nie ja go stworzyłem. Widzę obraz rodzica ciskającego we mnie emocje hańby, tak, jest to poczucie hańby, i utrzymującego te emocje we mnie tak, abym się z nimi zżył. Czuję teraz żal do tego człowieka, który mi to zrobił. Nie chce czuć się więcej zhańbiony i nie mam do tego powodu. Człowiek ten sam nie poznał właściwie aspektu niesienia pomocy i postępował w podobny sposób co ja. Cóż, kierowałem się tym poczuciem zhańbienia przez lata i jest ono nieprzyjemne. Nie jest radosne, nie jest swobodne, nie jest lekkie, nie lubię go. Chciałbym się go pozbyć. Tak jak powiedziała mi W., sami siebie zmuszamy do bycia jakimiś lub do spełniania pewnych obowiązków. No więc ja nie mam ochoty zmuszać siebie, nie chcę siebie zmuszać, nie będę zmuszać siebie, rezygnuję ze zmuszania siebie do wypełniania tego obowiązku. Zrzucam mundur. Mówię: nie!
I czuję, że pogląd się rozpływa. Chociaż w dalszym ciągu trwa we mnie przekonanie o byciu złym. Nawet nie byciu złym człowiekiem, ale po prostu byciu złym. Chciałbym uwolnić się od tego poczucia i przekonania.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz